Polski Internet żył w zeszłym tygodniu pierwszą w historii “debatą” szefa rządu z tzw. internautami. Czy poza delikatnym szumem coś z tego wynika?
Słyszę głosy, że to początek rewolucji, że to pierwszy etap w stworzeniu “platformy dyskusyjnej”. Szczerze mówiąc, jednej platformy jest mi już ponadto. A samo słowo “obywatelskie” jakoś się bardzo modne zrobiło.
Wszyscy zorientowani na pewno wiedzą, że zamysł całego spotkania narodził się znacznie wcześniej i nie był początkowo bezpośrednio związany z tematem RSiUN. Nie mam zamiaru tu jednak dołączać do grona krytykujących Macieja Budzicha, ani za sam fakt organizacji wydarzenia, ani za jego prowadzenie. Obawiam się, że na tym etapie lepiej, czy nawet inaczej zrobić się tego nie dało. Jeżeli ktoś liczył na konkrety czy wręcz obietnice działań – współczuję naiwności i zazdroszczę młodego wieku.
Niewątpliwie #zapytajpremiera było ciekawą inicjatywą, która jednak musiała skończyć się bezdyskusyjnym zwycięstwem rządu. Tusk tak naprawdę nie miał specjalnej ochoty spotykać się z internautami, choćby z prostej przyczyny, że o Internecie wie pewnie tyle, co ja o fizyce kwantowej. Ponieważ jednak, co by nie mówić, sprawa RSiUN odbiła się bardzo szerokim echem w opiniotwórczej blogosferze, nie można było udawać, że rzecz nie istnieje. Tusk poza tym zdawał sobie znakomicie sprawę, że dla głównych mediów debata będzie tylko ciekawostką, tym samym ryzyko zostało zminimalizowane jeszcze przed startem.
Jasne jest też, że cokolwiek by się nie działo, premier nie mógł ugiąć się pod żądaniami “grup nacisku”, nie mógł też nic konkretnego obiecać. Tzn. teoretycznie oczywiście mógłby, ale ze swojej perspektywy nic by w ten sposób nie osiągnął. Sprytną zagrywką PR-ową zdobył trochę czasu, załagodził nastroje i zapewne po raz kolejny zamydlił następne setki par oczu, szczęśliwych, że pan premier łaskaw był wysłuchać głosu swoich poddanych. A że nic z tego nie wynika, to już się mało kto nad tym zastanawia.
Mam wrażenie, że ze strony internautów, potencjał został lekko niewyczerpany. Może nie samej debaty, a bardziej okazji do choćby zarysowania stanowisk. Niestety, z większości zabieranych głosów niewiele wynikało. Albo rozmywały temat, albo wręcz przeskakiwały z dygresji w dygresję. To, że nie padały pytania z Blipa czy Facebooka, szczególnie mnie nie dziwi. Ale, że większość tam obecnych zadowoliło się samym faktem zaproszenia, już bardziej. Sprawiało to wszystko wrażenie spotkania na piątkowym obiedzie towarzystwa wzajemnej (niemal) adoracji.
Plus spotkania jednak jest. Mam nadzieję, że do kogoś być może dotarło, że niektórym naprawdę nie jest wszystko jedno, jakkolwiek wyświechtanie te słowa dziś nie brzmią.