Moja sąsiadka z piętra niżej czeka na listonosza. Mój kilkuletni kuzyn czeka na pierwszą gwiazdkę. Superszmaja czeka na cud. A ja czekałem na Lost Day. Paręnaście godzin temu premierę miał szósty, finałowy sezon serialu.
Lost to legenda, produkcja, która zrewolucjonizowała telewizję. Niemal każdy, kto wie, jak posługiwać się myszką musiał gdzieś usłyszeć/przeczytać o tym fenomenie. Sam nigdy bym nie pomyślał, że mogę tak namiętnie wciągać kolejne epizody serialu, zanim w moje ręce nie wpadł pilot Zagubionych. A potem poszło już z górki.
Z Lostami jest trochę jak z produktami Apple. Albo zostajesz fanboyem i bronisz ich honoru jak lwica młode, albo uważasz, że to marketingowa hucpa i lubujesz się w doszukiwaniu wszelkich dostępnych niedociągnięć i dokopywaniu gigantowi. Jedno jest jednak pewne – gdyby to było prawdziwe byle co, nie budziłoby tak skrajnych reakcji i było tylko kolejnym, letnim wypełniaczem czasu antenowego między przerwami reklamowymi.
Lindelofowi i spółce udało się stworzyć coś, czego nie zawaham się nazwać perfekcyjną składanką popkulturowych puzzli. To klasyczny postmodernistyczny bękart, szalenie odważna mikstura wszystkich możliwych telewizyjnych gatunków. W tej kategorii rywalem mogą być tylko Desperate Housewives. Lost ma jednak coś więcej – to własna mitologia. Dzięki temu miliony fanów na całym świecie już przez tyle lat, tydzień w tydzień mozolnie układają (pozornie chaotycznie) podrzucane im klocki.
Uwaga na spoilery w dalszej części!
Producenci Zagubionych mają niezwykłą umiejętność zbudowania każdego epizodu w klasycznie klamrowy sposób. Akcenty rozłożone są idealnie, tak aby uzyskiwać zawsze pożądany efekt. I zapewniam, jeśli potrafi się docenić dobrą rozrywkę, to będzie się miało z tego niezłą frajdę. Choć nie polecam zaczynania przygody z serialem w tym miejscu, bo nie da rady tego streścić w sensownej formie. Lost wymaga wyjątkowej cierpliwości i uwagi.
Świeżo po seansie pierwszego, podwójnego epizodu, muszę przyznać, że ani nie zbierałem szczęki z podłogi, ani nie zdzierałem mózgu ze ściany. A jednak na kolejne odcinki będę czekał z wywieszonym językiem. To już jak religia ;)
Odpowiedzi na razie bardzo mało, a jak zwykle, chyba jeszcze więcej pytań. Lindelof obiecuje jednak, że to zdecydowanie ostatni sezon i nie będzie żadnych odcinków specjalnych, kinówek czy spinoffów. Wielki finał powinien być zatem naprawdę wielki.
Dla wszystkich, którzy już wcześniej kupili konwencję, w której choćby podróże w czasie są normalnością, rzeczywistości równoległe (a może alternatywne?) nie powinny być szokiem. Całkiem sprytnie kontynuuje to pomysły z piątego sezonu i daje jakieś rozeznanie, czego można się dalej spodziewać.
Wygląda na to, że najważniejszą postacią może być teraz John Locke, a raczej to coś, co korzysta z ciała Johna Locke’a. Terry O’Quinn robi kapitalną robotę, grając dwie, praktycznie skrajnie różniące się od siebie osoby (cudzysłów być może wskazany).
Jakiś powiew świeżości wnosi nowy bohater, tajemniczy Azjata z obozu Innych, który z niewiadomych powodów przypomina mi Doktora Paj-Chi-Wo ;)
Odcinek 6×03 What Kate Does już za tydzień. A na razie, namaste!