Pierwszy odcinek nowego sezonu środkowoeuropejskiej telenoweli, której głównymi bohaterami są żywe dźwięki napotkane w zadymionych miejscach miasta doznań.
Już całe 2 tygodnie temu o Meskal zahaczyła Anna Rijke Rosenthal. I jak zwykle trochę mi szkoda, że meskalowe koncerty odwiedza tak mała liczba osób, to tak tym razem kilku “artystów” przesunąłbym paręnaście metrów dalej do klubu o wdzięcznej nazwie i renomie, czyli Alcatraz. Za Chiny Ludowe nigdy nie jestem w stanie pojąć, na jaką cholerę przyłazić na delikatny z założenia występ, tylko po to, żeby później drzeć ryja i na pełnym legalu kłapać dziobem do telefonu. Spuszczę jednak już na szanowne państwo zasłonę miłosierdzia.
Anna pochodzi z Berlina, a trochę mieszka w Nowym Jorku. Bardzo przypominała mi pewną bohaterkę pewnego amerykańskiego filmu o nastoletniej ciąży, ale ponieważ porównanie to wykorzystał już pewien dziennikarz pewnego dziennika, nie wspomnę co to za film. Muzycznie za to najbliżej dzwoniła mi Lykke Li, choć mimo całej sympatii jaką Anna we mnie wzbudziła, muszę zaznaczyć, że to na razie jej dużo mniejsza wersja.
Panna Anna miała swoją gitarę, ukulele i klawisze, a do tego porcję bardzo prostych piosenek o prostych rzeczach. Przyjaźń, miłość i inne tego typu emocje. Jak się lubi takie bezpretensjonalne granie, to można się było nawet zauroczyć. Wszystko to w popowo-folkowym, lekko melancholijnym sosie, ale z wyraźną domieszką czystego uśmiechu.
Mógłbym się zezłośliwieć, że ciutkę to granie naiwne i niebezpiecznie bliskie banału, ale panna Rosenthal ma dopiero 22 lata, a nade wszystko wydawała mi się w swoim zagubieniu całkiem naturalna. Jej nieśmiałość plus łagodność dźwięków tamtego wieczoru zagrały w udanym duecie. Będę jej na pewno kibicował na przyszłość i czekał na obiecane wydawnictwo płytowe.
Tak było w Sopocie, bardzo dobry cover bardzo dobrej piosenki, pewnego bardzo złego zespołu:
W drugiej części dzisiejszego odcinka stereoboy spotyka dwóch Kanadyjczyków z Vancouver, w Kolumbii Brytyjskiej, a żaden z nich nie jest Bryanem Adamsem.
Sprawdziłem, że średnia temperatura w tej prowincji to +5C, więc nawet chłopaki z Japandroids mogli w zeszłym tygodniu w Wielkopolsce srogo wymarznąć. Ale może to i dobrze, bo na scenie sprawiali wrażenie, jakby grali finał olimpijski w dwa ognie.
Może obciachowo się przyznać, ale to był mój debiut pod górną sceną w Eskulapie. I jestem bardzo na tak. Wszystko słychać dokładnie tak, jakby się chciało słyszeć, a sama przestrzeń idealna do takich małych koncertów (obawiałem się najazdu indie młodzieży, ale nie zdominowali publiki). Bardzo serdecznie chciałbym w tym miejscu pozdrowić wszystkie osoby, które nie dają zapomnieć przedszkolnej tradycji przynoszenia butów na zmianę (wymiana trampek pod szatnią była zaprawdę nostalgiczna). W najbliższym czasie planuję przygotować specjalną kolekcję worków na obuwie z wyszytym logo formacji Muchy.
Brian i David na żywo brzmią jeszcze lepiej niż na płycie, a Post Nothing podobała mi się w zeszłym roku bardzo. Koncert trwał około godziny, ze zrozumiałych zresztą względów, bo po prostu na razie nie mają więcej repertuaru. Dostałem jednak, co chciałem, bo panowie hałasowali ostro, trochę pościemniali do publiki, a i energii zostawili zdrową ilość. Young Hearts Spark Fire na prawie sam koniec, niemal wyrwało moją głowę z korpusu, a parę niewiast było bliskich wytarcia parkietu włosami. Krótko, zwięźle i na temat – mniej więcj tak brzmi rock’n'roll w XXI wieku.
Kolejny odcinek sagi już wkrótce. Nie zmieniajcie kanału.
Young Hearts Spark Fire tez mi najbardziej zapadlo w pamiec. zajebiscie to zabrzmialo na zywo, zgadzam sie, zgadzam
Brajan i Dejwid byli fucking uroczy, nie zapominajmy, ze fucking urocza byla btez publicznosc, Europa, snieg, worki na obuwie i w ogole WSZYSTKO!!!
a z tymi workami z logo Much, to masz racje. nawet wiem, gdzie bys je mogl sprzedawac. i nie mam tu na mysli Rynku Jezyckiego. wszystkie moglyby miec numer 34 ;)
pzdr!
Fucking awesome ;) i kto ma wiedzieć, ten wie :)