Wiedziałem, że długo tak nie wytrzymam i kiedyś będę musiał wrócić. Kto ma wiedzieć ten wie i pozdro dla kumatych. Obędzie się bez specjalnie długich emowstępów.
Gdzie nie spojrzeć, wszędzie podsumowania, choć niektórzy ich bardzo nie lubią. Ja się jednak trochę polansuję, może się ładnie blog zaindeksuje na nowy początek ;)
Tak to wyglądało w moim wydaniu w 2008 roku. Tym razem postawiłem na sprawdzone, klasyczne rozwiązania. Poza tym płyt będzie trochę mniej, co jednak nie oznacza, że mi się mniej w tym 2009 muzycznie podobało.
Zaczynamy od krótkiej poczekalni, czyli co było bardzo dobre, ale nie na tyle, żeby być w Top 10. Nie bawię się tu w numerologię, więc kolejność całkowicie alfabetyczna.
- Atlas Sound – Logos Kolejny solowy album Brandona Coxa, lidera formacji Deerhunter. Był i w zeszłym roku, a więc musi chłopak trzymać formę. Na ile dam radę, postaram się nie szarżować z nazwami gatunków, więc napiszę tylko, że jest tu jedna z najładniejszych piosenek 2009. Bardzo melodyjnie i przystępnie. Nie obraziłbym się, gdyby Cox zawitał do Polski, np. na Off Festival.
- Cymbals Eat Guitars – Why There Are Mountains Pierwszy z długiej serii tzw. indie popu (sory, musiałem pierdolnąć indie). Nic nie poradzę, że lubie ładne melodie i melodyjne wokale. Świeże brzmienie, dobry debiut, rokujący na przyszłość. Plus moja prywatna nagroda za „najbardziej energetyczne wejście roku” w And The Hazy Sea.
- Dirty Projectors – New Attitude Mowią, że to freak folk. Ja mówię – nie wiem. Wiem, że gdzieś tam pobrzmiewają sobie eksperymenty pod tytułem Animal Collective. Mocny i ciekawy rok w tej zakręconej kategorii. I świetne otwarcie albumu w postaci Fucked For Life.
- Fuck Buttons – Tarot Sport Coś z zupełnie innej beczki, brytyjski, elektroniczny, mocno eksperymentalny projekt. Tu dla odmiany, pojęcie „ładne” brzmi zupełnie inaczej. Sporo jazgotu, połamanych dźwięków, przesterów charakterystycznych dla noise’u, ale i momentów niemalże ambientowej ciszy. Moc.
- Girls – Album Bardzo bym chciał, żeby to był jakiś wyraźniejszy trend, przynajmniej na 2010. Chciałbym, żeby mniej więcej tak właśnie brzmiał pop, żeby to były prawdziwe piosenki, bez przeintelektualizowanych tekstów i udawanego emocjonalnego wydrapywania wnętrzności. Za to ze słońcem San Francisco i potężną petardą energii. I takimi dobrymi latami 50. i 60. w tle. Te proste gitarowe akordy naprawdę brzmią. Fajnie, że ktoś wie, jak słuchać The Beatles i The Beach Boys. 13 marca zagrają w Berlinie.
- Grizzly Bear – Veckatimest Nowy Jork (nie po raz ostatni) w natarciu. Ciągle myślę, że trochę ich skrzywdziłem tak niską pozycją. I faktycznie byłem chyba trochę niesprawiedliwy, ale w jak ich słucham nie mogę nie myśleć o Fleet Foxes. Mimo wszystko, harmonie tutaj też miażdżą. A i melodie, ponownie, takie niby ładne. Ale ile tam się dzieje!
- Japandroids – Post-Nothing Idealny tytuł dla debiutu w postmodernistycznej rzeczywistości. Szczerze, to mam w dupie, czy nazwiemy to garage rockiem czy będziemy szukać tam shoegaze’owych naleciałości. Za to liczy się, że mieli jedno z lepszych pierdolnięć tego roku. Trochę to brudne, ale szczere. Bardzo czekam i liczę na ich koncert 28 stycznia w poznańskim Eskulapie.
- Passion Pit – Manners Nie ma na tej liście zbyt dużo do tańczenia, ale przy tej płycie akurat się da. Synth pop w niemal najwyższej formie. Kolejny znakomity album. Jak sobie policzyłem, to tych debiutów znalazło się podejrzanie wiele, ale to chyba dobrze. Póki trwa karnawał, jak najwięcej takich słodkich wokaliz, retroklawiszy i całkowicie pozytywnych bitów. Godni następcy MGMT.
- Wild Beasts - Two Dancers Brytyjski kontratak. To może być moje największe przesacowanie, ale co tam – słucha się tego wybitnie dobrze. Ta płyta pokazuje, jak pozornie niewiele trzeba, żeby muzyka dobrze brzmiała. Bezpretensjonalne gitarki, prosta perkusja i charakterystyczny wokal (przypomina większymi momentami barwę i manierę Antony Hegarty’ego). Łyk, czasem nawet szklanka świeżo wykorzystanej nostalgii za popem lat 80.
Pora na Top 10.
10. Dan Daecon – Bromst Kompletna zmiana nastroju. Skwaszony sen Szalonego Kapelusznika. Uwaga, ta muzyka może swoim tempem doprowadzić co najmniej do zawału serca. Ostro połamana, daje niezłą satysfakcję w szukaniu w niej ukrytej (wcale nie tak głęboko) struktury.
9. The Pains of Being Pure at Heart – The Pains of Being Pure at Heart I znowu Nowy Jork, ale sporo tu Zjednoczonego Królestwa. Przyznaję, odkryłem ich z lekkim opóźnienieniem, ale ostatnio już wprost oderwać się nie mogę i niedługo całą płytę będę miał w ulubionych na Last.fm To taki niby pop, niby rock, gdzieś tam shoegaze. Jak ktoś lubi/lubił My Bloody Valentine albo Jesus And The Mary Chain, to zakocha się w tej płycie całkowicie. Acha, okładka przecudna!
8. Noah and the Whale – The First Days of Spring Czyli kronika umierającego serca albo co dzieje się po rozstaniu. Mój ukłon w stronę całej londyńskiej sceny indie folk, na której nieustannie wiele się dzieje. Bardzo dobra produkcja, która co prawda nie zaskakuje, ale za to pokazuje jak ciągle żywym gatunkiem może być folk.
7. Camera Obscura – My Maudlin Career Najwyżej sklasyfikowana u mnie płyta z gatunku pop. Ktoś mógłby się zżymać, że to takie banalne, takie niedzisiejsze, że to wszystko już było. Na szczęście w Szkocji myślą trochę inaczej. Od czasów, kiedy poznałem Belle and Sebastian jestem ogromnym zwolennikiem takich właśnie brzmień. Lekko, słodko, melodyjnie – po prostu piosenkowo. To jest właśnie wzorzec, jak powinna brzmieć prawdziwa piosenka. A w okolicach Glasgow jest więcej podobnego grania.
6. Bill Callahan – Sometimes I Wish We Were an Eagle Brakuje jakoś w tym podsumowaniu dźwięków okołofolkowych, ale tak wysoka pozycja świadczy, że alt-country jednak trzyma się wciąż mocno. Nagrany pod imieniem i nazwiskiem album pana, którego wcześniej znano jako Smog. Tak brzmi cierpiąca dusza prawdziwego amerykańskiego kowboja ze Wschodniego Wybrzeża.
5. The xx – The xx Miało nie być popu, ale trochę oszukałem, bo to synth pop. Niesamowicie mocny debiut (ale jeszcze jest coś na liście wyżej). Początkowo myślałem, że to będzie taka tygodniowa ciekawostka, ale z każdym przesłuchaniem wchodzi do głowy coraz mocniej. Raz jeszcze silne nawiązanie do analogowego grania lat 80. Najlepszy kobiecy wokal tego roku, znacznie ciekawszy od mocno przehajpowanych Little Boots czy Florence and the Machine. Jakby się uprzeć, to można i potupać, ale tak inaczej. Tak nostalgicznie, z lekkim ściskiem gardła.
4. Soap And Skin – Lovetune For Vacuum Tori Amos i Fenesz w osiemnastoletnim ciele. Niepokojący, drażniący, ale fascynujący debiut Anji Plaschg. Cyfrowo podrasowana neoklasyka, gdzie emocje aż trzeszczą. Czyściutkie partie fortepianu w akompaniamencie przeszytego bólem głosu. Uwaga na tę dziewczynę.
3. VA – Dark Was The Night Charytatywna składanka z największymi nazwiskami i nazwami alternatywnego świata spod znaku folk, country i indie. Mógłbym wymieniać, lepiej posłuchać. Zdecydowanie niezagrożone podium.
2. Animal Collective – Merriweather Post Pavillon Pewnie nikt mi nie uwierzy, ale to nie przekora, powodowana tym, że to wszędzie album nr 1 za 2009. Ja też długo tak myślałem, bo to płyta właściwie idealna, choć wcale nie najlepsza w dorobku AC. Co zdecydowało, że tylko miejsce drugie? Emocje. Po roku słuchania stwierdzam, że wciąż jest genialnie, ale więcej emocji zostało gdzie indziej.
1. The Antlers – Hospice Podobno ich grupą docelową są kolesie, którzy płaczą częściej od dziewczyn ;) Będę szczery – od czasu Arcade Fire Funeral, nic mnie tak nie rozwaliło. Tej płyty trudno sobie tak po prostu słuchać. To przeżycie znacznie mocniejsze, nawet jeśli się takiej historii nie przeżyło. Dodatkowo, żeby poczuć pełną moc, najlepiej usiąść z nią od początku do końca, z tekstami w ręku. Muzyka czasem to za mało, czasem jest wszystkim. Jeżeli ktoś nagrywa tak wielki album debiutancki, aż strach pomyśleć, co będzie dalej. Nowy Jork wygrał. Zobaczenie ich na żywo mogłoby być największym koncertowym wydarzeniem 2010.
Reklamacji nie uwzględnia się.
Dziękuję, dobranoc, koniec imprezy.
52.406374
16.925168